Tak wianc Jón na ryby chodził
Skoro świt powstawał szary, z wyra zerwał sia Jón stary,
wyjrzał na świat spoza szyby, ji jak codziań szed na ryby.
Wzión ze sobó co potrzeba: mały „łyk” ji kawał chlyba
i czymprandzy dał drapaka o dziś bandzie ryba taaaka!
Tak wianc Jón na ryby chodziył po wertepach, błotach brodziył,
szed na Raduń ji do Strugi, czy w pogoda, czy w szarugi.
Za nim Stach jak półbrat kroczył i w budajach nogi moczył,
choć sie manczył i zasapał na prostucha w kampach człapał.
Wóndka z włosów mniał skrancóna ze szkapsiygo łogóna.
W torba wzión tyż sznur ji haki, worek bulwów ji robaki.
Mniał w kieszani róg tobaki, bulwy, glizdy i kłodaki,
różne muchy, reków sporo, tak sia wybrał nad jezioro.
Szach mniał długi, jaglijowy, łobskrobany prosto z lasu,
a sóm kóniec jałówcowy, nim zarzucał bez hałasu.
Zawdy ryby mniał w kobiałce: płotki, plizdry, klénie, jalce.
Ji jazgary, ji łokunki, liny, leszcze ji morynki.
Dziś „wandkarzów” jestaj wiele, prawie kożdy ma motorek,
jeździ kilomytrów wiela, a ma prawie próżny worek.
Chdzie te ryby sia podzieli, czy wytrute, czy zginyli?
Tamte czasy uż minyli. Żal. Bo dobre czasy byli.
| « poprzednia | następna » |
|---|








